"Wszyscy jesteśmy najlepsi... ale nie mówię tego o wszystkich..."
Przyszło jak gdyby nigdy nic. Prostactwo pomyślałem. O nic nie chciałem już pytać i nic już nie chciałem wiedzieć dopóki nie zerknąłem na zegar. Toć to środek nocy - pomyślałem. Było ciemno, padał deszcz i była burza. Leżałem spokojnie nie mogąc spać z nerwów i trosk nabytych podczas dnia. No i przerwane zostało moje myślenie. Usłyszałem otwierające się drzwi, zgrzyt podłogi i kroki, wolne kroki. Nie wiedziałem kto miał czelność tam wejść ale na pewno nie była to kasjerka ze sklepiku nie daleko. Ona by tak cicho nie stąpała. Poczułem strach i niepokój. Myślałem, że zbliża się mój koniec. Strach przed śmiercią był w tej sytuacji paradoksem jeśli wziąć pod uwagę to, że leżąc rozmyślałem jak by się tu zabić żeby uciec od tych wszystkich problemów napotykanych codziennie na każdym kroku. Dawno już bym to zrobił ale nie mam na tyle odwagi by się zabić. No nic trzeba czekać na chorobę. W przerażeniu wyszedłem więc z łóżka i skierowałem się w kierunku schodów. Starałem się iść jak najciszej mogę pamiętając, że problem pani ze sklepiku też mnie dotyczy. Nie wiem czy kiedykolwiek szedłem aż tak cicho. Kółeczko na mapce nawet się nie powiększało. Byłem już mokry nie wiedziałem czy iść dalej czy zacząć płakać. W życiu się tak nie bałem. Wziąłem głęboki oddech powiedziałem sobie, że dam rade i zachciało mi się płakać. Obtarłem łzy cieknące po mym policzku. Tą samą chusteczką wytarłem jeszcze nos i pot z czoła. Byłem gotowy. W dalszym ciągu słyszałem kroki. Podchodząc coraz bliżej zacząłem słyszeć nawet dość głośny oddech i to na pewno nie był mój oddech. Zszedłem po tych schodach. Słyszałem dźwięk dochodzący z salonu. Powoli skradając się pod ścianą doszedłem do wejścia i wychyliłem się powoli i delikatnie zza ściany aby zajrzeć do salonu. Zajrzałem i nagle strach ogarnął mnie jeszcze bardziej. Prawie zemdlałem. Byłem zupełnie roztrzęsiony. Słyszałem kroki, słyszałem sapanie, słyszałem mają starą skrzypiącą podłogę, ale nie widziałem nic. Nie widziałem nic co te dźwięki powodowało. Ktoś a raczej coś tam chodziło. Coś musiało tam być. Jakim cudem było nie widoczne. Nie wiem. Ten dom jest chyba nawiedzony. W tym czasie jeszcze jedna rzecz budziła moje przerażenie. Na samą myśl o tym czuje strach. Gdy zamykałem oczy widziałem inne oczy. Straszne oczy i zarazem pełne smutku cierpienia. Nie była to osoba, którą znałem. Nigdy wcześniej nie widziałem tej twarzy na oczy. I nigdy już jej nie zobaczyłem. Nie mam pojęcia o co w tym chodziło. Co to miało oznaczać. Czy ja mam pomóc tej osobie, którą widziałem i niewidzialne widmo przyszło aby przekazać mi tą wiadomość. O rany nie wiem. Właśnie płaczę. Nie mogę się uspokoić. Ta sytuacja jest nie do zniesienia dla mnie. Ani na chwilę nie mogę o tym zapomnieć. Zapamiętałem tamtą twarz, te oczy, które widziałem gdy zamykałem moje. Cały czas mam to w głowie. Nie wiem co mam ze sobą zrobić. Chyba odchodzę od zmysłów, zaczynam bzikować. To początek choroby. Jeśli to czytasz zadbaj o to by mnie wywieziono do psychiatryka. Boję się, że stanę się niebezpieczny dla otoczenia. Taka sytuacja, tyle strachu i to prawdziwego to zmienia człowieka. Rujnuje go, sprawia, że niszczeje. Zabijcie mnie zanim zabije kogoś. Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa A po za tym widmo ty szmato odkup mi ten wazonik coś mi rozbił!

